Pizzeria. Dwoje dorosłych plus dwoje dzieci. Zamawiamy napoje. Dla dzieci soki, dla dorosłych cola i piwo. Kelnerka podaje napoje i bez cienia wahania i zadrżenia ręki stawia piwo przed nim a colę przed nią. Tymczasem ma być odwrotnie
On i ona na kawie. Latte i espresso dla ścisłości. Oczywiście latte ląduje przed moim nosem. Zamieniamy filiżanki.
Ale co się dziwić skoro bez przerwy czytam dzieciom o tatusiach którzy ZNÓW poparzyli się gotując obiad lub serwuję scenki rodzajowe w stylu mama Tupcia Chrupcia szykuje przyjęcie urodzinowe tymczasem papa Chrupcio zalicza czill oucik w hamaku z gazetką.
Ale ojtam
Jesteśmy sobie w mieście moim rodzinnym, wydreptujemy w tropikalnym upale (wczoraj na przykład 31 st) moje stare ścieżki. Mam z tysiąc flashbacków dziennie. Uśmiecham się do nich i tylko niektóre wyciągam na światło dzienne. Większość z nich zostaje tylko moja.
Dziś czeka mnie bardzo miejska randka, kino plus winiarnia.
Seks w wielkim mieście normalnie
Zapuściłam blogaska? ojtam ojtam
Nawet lepiej, że w moim obecnym nastroju darowałam sobie nadawanie w internetową czeluść
Ogólnie to osiągam co i raz mounteveresty wkurwienia, zniecierpliwienia, frustracji i zniechęcenia
także ogólnie męcąca jestem
dla siebie i otoczenia
Najgorsze jest to, że macierzyństwo daje mi ostatnio po mordzie. Tak w najgorszym wydaniu, kiedy człowiek nie może opędzić się od natrętnych myśli, źle sypia, nie ma apetytu (na życie też), obgryza pazury, i czuje normalnie czuje jak pojawiają się przebłyski siwizny na głowie.
Dobre wieści są takie, że mam przefajne plany o których nic nie napiszę gdyż zbyt dużo ostatnimi czasy moich planów poszło się kochać. Ale niedługo już powinno być duuuużo lepiej.
Inną dobra wiadomością jest, że już za miesiąc z okładem wybywamy na wakacje rodzinne i jak nie znajdę satysfakcjonujących mnie lotów do Mediolanu ( a na razie się nie zanosi) to bez wątpienia grozi mi pardon ale ocipienie przez 14 h podróży z Młodymi Gniewnymi. I jeszcze odechce mi się jechać.
Oraz dopięłam swego i zostałam licencjonowanym hipoterpeutą. Yay!!!! Cieszę się bo wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie – koszty, czas, nieprzyjemny wypadek po drodze, ale jak ja się uprę, nie ma zmiłuj. Od czerwca zaczynam pracę i będzie to chyba pierwsza moja praca w życiu do której będę chodziła (biegła) z uśmiecham na twarzy. Nawet jeśli pensji brak
A w maju jeśli ziemia nie zatrzęsie sie w posadach, niebo nie zawali na łeb itepe, zaczynam kurs żeglarski. Nareszcie. Instruktor umówiony, egzamin zaklepany w sierpniu – chyba przez trzy miesiące ogarnę.
I tego wszystkiego się trzymam kiedy po raz kolejny trafi mnie szlag i ogarnia mnie uczucie kopania się koniem.
Ale wiecie co jest wisienką na torcie podkurwienia? Pogoda A raczej jej prognozy. Bo jak mi kolejny raz prognozują 15 st i slonecznie. Tymczasem słońce pojawia się w kilkuminutowym przebłysku zza chmury a w najcieplejszym momencie dnia jest w porywach 12 st – to czuję się oszukana. I smutna. I wściekła I mój biotmetr jest niekorzystny. I nie wierzę ani trochę w tą przyszłotygodniową rozpustę z 20st na termometrze. Nic a nic.
Stało się coś co stać się przecież musiało. Wirus powalił i mnie. I raczej się ze mną nie cackał. Dwa dni jakby umknęły mi z zyciorysu. Ojtam
Leżałam bez sił i zobojętniała na wszystko. Na to, że pies śpi w łóżku z dzieckiem, na to, że o zgrozo ładuje się bez żenady i do mojego łóżka, na to, że telefon dzwoni, na to, że kot żre chusteczkę higieniczną, na to że mokre pranie w pralce, na prognozę pogody. No było mi WSZYSTKO JEDNO. Po całości.
Młodzi Gniewni tymczasem nudzili się a jakże. Pozostaje mieć nadzieję, że chociaż twórcza to była nuda. Chyba dość kreatywnie zbijali bąki, gdyż pytaniem dnia było: “Mamo co mogę zrobić żeby zostać granulocytem?” Mruknęłam coś niewyraźnie i schowałam obolały łeb pod kołdrę.
Powstałam dziś po dwóch dniach leżenia odłogiem i rozejrzawszy się średnio jeszcze przytomnie o najbliższym otoczeniu ze zgrozą odkryłam jakie spustoszenie powoduje całkowity brak aktywności przez 48 godzin. Mordor, Sajgon, Meksyk, Huragan Katrina normalnie. Nie wiem w którą stronę się obrócić. I jak to zwykle bywa w takich sytuacjach zaczynam od robienia niczego. Tzn przepraszam bardzo, notkę blogową przecież płodzę i głowa mi się kiwa. Ale nie ma opcji powrotu w piernaty na trzecią dobę.
No to uciekam w poszukiwaniu straconego czasu. Choć z czasem nikt jeszcze nie wygrał nie?
9 ejem.Piję kawę. Z baileysem. Czy to już patologia?
Wycieram ukradkiem nos i staram się ignorować ogarniające mnie osłabienie.
Dzielnie uzupełniam listę zadań na dziś, na jutro i tak dalej. W pizdu – jako uniwersalny, nieokreślony cel podróży*
Wybieram to co najpilniejsze i to z czego trzeba (z bólem serca) zrezygnować gdyż albowiem ponieważ już dwójka dzieci choruje.
Święta spędziłam podając Nurofen na zmianę z Panadolem, czytając do utraty głosu, wywalając porcje jedzenia których Młodzi Gniewni nie byli w stanie z bolącymi brzuchami zjeść. Oraz uprawiając pediatrię amatorską. Z pewnymi sukcesami.
Nikt nie skusił się na złapanie wirusa w święta więc siedzieliśmy sami, tylko TZ uratował sytuację przybywając z odsieczą – zapasem uśmiechu, dobrego humoru, śmiesznych ewentualnie strasznych historyjek wytrząsanych samaniewiemskąd, i sporym zapasem spokoju. Spokoju przede wszystkim.
Teraz on wraca do pracy ja zresztą też plus dwoje dzieci, które nie wracają do placówek. Więc trochę chaos. Nieprzyzwyczajona jestem i już. ojtam ojatm
Tymczasem WTEM słyszę jak córka buczy na górze dość alarmująco. Człapię więc, pytam o co chodzi ona zaś mi na to kompletnie zdruzgotana,że po jej pokoju lata MUCHA. Co z tego pytam? Bo ona przeczytała w książce, że muchy roznoszą wiele niebezpiecznych chorób. Oto profity wczesnego czytania Zero filtru w niespełna pięcioletniej łepetynie. A dostęp do wiedzy wszelakiej nieograniczony.
Syn zaś w drugi dzień świąt skubiąc kaczkę pieczoną z jabłkami spojrzał badawczo na zawartość mojego talerza. Po czym zatrzepotał firaniastymi rzęsami i pyta czy z kaczki wydobywa się mięso. TZ na to zaczął się owym mięsem lekko krztusić. Ja pokiwałam głową jakoś bezradnie. “Ale najpierw trzeba ją zabić”? bezlitośnie ciągnie Następca Tronu. Tak. Odparłam odważnie i krótko, pociągając łyk wina. “I dlatego nie jesz?” koniecznie chciał wiedzieć syn. Kolejne przytaknięcie z mojej strony. Syn podumał chwilę z sam na sam wiedzą, z którą wciąż trudno mu się oswoić. Po czym wrócił do przeżuwania kaczora.
Niech i tak będzie.
* copyright by facebook
Kawa? Herbata? Ekstazy? Cokolwiek? żeby poczuć się choć trochę lepiej i dobrnąć do wieczora. Nie spałam ten nocy prawie wcale nie licząc 20 minutowych utrat łączności z bazą.
Syn albowiem zainaugurował święta temperaturą ciała 39,2 i delirycznym trudnym do opanowania dreszczem. A także kaszlem, bólem brzucha, opuchlizną oka i sama nie wiem czym jeszcze. Pogubiłam się. W sytuacjach chorobowych zawsze trochę się gubię, gdyż Młodzi Gniewni chorują tak rzadko, że każda infekcja mnie przerasta. Ostatnią zanotowaliśmy w październiku jakoś i w dodatku bardzo lajtowo przebiegała. To co mam dziś na tapecie wygląda zaś na choróbsko z przytupem :/ więc TROCHĘ jednak się martwię.
I naprawdę nie przeżywam zbytnio faktu zrujnowanych świąt, gdyż dla nas to jedynie przedłużony weekend z elementami tradycji. Tradycję zaś trzeba będzie ograniczyć do absolutnego minimum. I już.
Siedzę, więc przy tym łożu boleści, czytam do ochrypnięcia “Księgę dżungli” i Muminki, trzymam za lodowatą łapkę, serwuję syropki, zbieram pomiary ciepłoty ciała a w głowie przewalają mi się ponure scenariusze i tysiące pytań “a co jeśli?”
Magia macierzyństwa nie?
Dla równowagi parę słów o niedawno przeczytanej książce. O tytule bardzo na czasie
Jeśli mam być zupełnie szczera to Tomek Michniewicz nigdy nie budził we mnie jakiś wielkich wybuchów sympatii. Miałam okazję zobaczyć go kilka razy i posłuchać i wiem, że to po prostu nie “mój” człowiek. Dlatego z pewną taką nieśmiałością przeczytałam “Gorączkę”. Dałam się przekonać gdyż bardzo lubię sięgać po literaturę podróżniczo-awanturniczą. I tak, fragmenty o poszukiwaczach skarbów, gorączce złota, choć dość ciekawe i wciągające czytałam jednak z pewnym niedowierzaniem, że ludzie naprawdę się w to bawią. Tak zupełnie na serio. Natomiast część o Afryce rozłożyła mnie na łopatki, poczułam tę Afrykę Tomka Michniewicza. Czułam bezsilną złość, i przygnębienie autora, który wybrał się tam po skarby właśnie a odnalazł zupełnie co innego. Odnalazł miejsca chwytające za serce, a także te zupełnie zapomniane przez boga. Stworzenia uderzająco piękne i ludzi siejących niewyobrażalne zło. I zamiast szukać skarbu pokierował swoimi działaniami zupełnie inaczej. Podjęcie karkołomnej próby ratowania tego najprawdziwszego w moim odczuciu skarbu – umierającej afrykańskiej przyrody- przemawia do mnie dużo dużo bardziej, niż nurkowanie po skrzynie z kosztownościami. Nawet jeśli to tylko dziecinna naiwność, że można coś zmienić, to i tak imponuje, tym bardziej, że po powrocie z podróży autor zorganizował całkiem konkretną akcję zbierania funduszy na pomoc dla rezerwatu Imire. Myślę, że dotarł z nią do wielu osób. Do mnie na pewno.
Styl pisania nie jest może jakiś porywający i na kolana rzucający, na pewno do paru kwestii można by się przyczepić, ale ani przez moment się nie nudziłam. Afrykańska część niespodziewanie poruszająca i otwierająca oczy na problemy o którym miało się zaledwie mgliste pojęcie. Mobilizująca do pomyślenia nie tylko w własnym podwórku. To taki reportaż, który czyta się jak sensacyjną powieść. Bardzo polecam.
Następca Tronu lat 6 i 9 miesięcy opanował sztukę czytania. Ma to jak wszystko swoje cienie i blaski. Bo idziemy sobie na przykład po mieście i WTEM dziecko przepełnione dumą, z namaszczeniem i odpowiednio głośną do wagi chwili modulacją głosu, czyta na murze “c.h.u.j” – “mamo a co to jest ten chuj?” i tak dalej
Ale i tak cieszę się niezmiernie, że Syn czyta. Gdyż albowiem ponieważ jego siostra lat 4 i 9 miesięcy czyta dość płynnie od jakiegoś półrocza. Nie muszę chyba mówić jak konfliktogenne było to zjawisko?
I jak tu nie przejawiać pewnej sympatii do życia?
I jak tu szarpać sobie flaki i taplać się we własnej (wątpliwej) głębi? I użalać się nad swoim losem?
Na dłuższą metę się nie da.
Dobry nastrój pilnie poszukiwany!!!! Inaczej moje otoczenie w końcu pokaże mi środkowy palec a tego bym przecież nie chciała. Samej mi trudno ze sobą wytrzymać.
Kilka impresji z ostatnich dni.
Wiosna mimo zachęcających początków okazała się być zimną suką. Dziś na przykład jakże zachęcająca do życia aura – plus 1 i lodowaty deszcz. “Panna Marzanna się chyba nie utopiła do końca” westchnęła Jej Maleńkość zakładając czapkę. Najwyraźniej nie.
Następca Tronu zaś wyznał mi, że układając klocki Lego nagle poczuł wzbierającą w nim złość. “Sam nie wiem co mnie tak wkurzyło mamo” “Na pewno JA” dobitnie oświadczyła Jej Maleńkość Bez cienia wątpienia.
I kilka pytań czysto retorycznych rzucę sobie w próżnię.
1. Czy jeśli człowiek stara się być miły, uprzejmy i sympatyczny (nawet wbrew swojej wrednej naturze) to gówno załatwi? Czy dopiero jak się warknie, błyśnie kłem, tupnie nóżką, rozkręci awanturkę to wtedy i tylko wtedy jest się w stanie osiągnąć to co się chciało? Chyba jestem wyjątkowo kiepska w byciu miłą bo tylko doprowadzenie mnie do stanu wrzenia popycha sprawy do przodu. Zwłaszcza tutaj, na prowincji. Męczące to bardzo na dłuższą metę.
2. Dlaczego na własnej rodzinie, tej z krwi i kości tak łatwo się zawieść? Nawet jeśli chodzi o błahostki. Dlaczego tak łatwo wyrżnąć boleśnie głową o mur obojętności czy niechęci? Podczas gdy na rodzinie która sama do mnie przyszła i samoistnie się “uszyła” mogę polegać jak na nikim innym? Nieważne czy proszę o nerkę do transplantacji, pożyczenie kilku stów, czy kupno chleba “po drodze”. Farciara ze mnie że tą rodzinę z “planu B” mam. Szwy są coraz mocniejsze i zrastają się coraz ciaśniej. Mam nadzieję, że są już nierozerwalne.
3. Czy jeśli macie dużo do zrobienia, tak, że kartki w kalendarzu nie starcza to nie bierzecie się za nic? U mnie to dość powszechne zjawisko, że przy natłoku spraw ważnych i mniej ważnych siada mi regularnie psycha i zapadam się w siebie jadąc po linii najmniejszego oporu. I co? I nico. Okazuje się że świat się nie zawalił a niektóre sprawny naprawdę są nie warte zachodu. Tylko moja wewnętrzna, systematycznie tłamszona przez mą hedonistyczna naturę, prymuska cierpi katusze i rozpaczliwie stara się dojść do głosu. Z marnym skutkiem. Pozbyłam się już chyba na dobre tej wewnętrznej dziewczynki z ulizanymi warkoczami, i paluszkiem podniesionym w górę – zawsze pierwsza do odpowiedzi. Pozwoliłam jej zatruwać mi życie i tak zbyt długo. A kysz!
I tak to u mnie. Otulam się ponurym milczeniem, odzywam się tylko kiedy naprawdę muszę. Ukrywam za stronicami książek. Stosuję terapię z ciepłych kocich okładów, psich uścisków i pocałunków, a doustnie wino czerwone półwytrawne. Ojtam ojam, wszystko przecież mija. Minie i to.
Za chwilę zaś muszę ( z obrzydzeniem) wyjść z domu i zmierzyć się ze światem. Nie wiem tylko jaką maskę dziś założyć – tą z uśmiechem?, czy może lepiej tą “zejdź mi z drogi bo pożałujesz?, a może jeszcze inną. Trudny wybór.
Nucę sobie i ironiczny uśmiech błądzi mi gdzieś na twarzy. Kocham Andrusa miłością szczerą i pełną wzruszeń!!!